Lis – Taśmy

 

Tomasz Lis – Kapiący zamach stanu

Coraz więcej się dowiadujemy o aferze taśmowej i, mam wrażenie, coraz mniej wiemy. Wiemy tylko, że kryzys będzie się pogłębiał.

Wiemy dość dokładnie czego nie wiemy. To bardzo długa lista. Nie wiemy kto nagrywał. Nie wiemy czy to jedna osoba czy grupa osób, czy to „nasi” czy „obcy”. Nie wiemy jak długo nagrywano. Nie wiemy, ile rozmów nagrano. Nie wiemy, ile jest w tych rozmowach plot i słów na „k” oraz „ch”, a ile, ewentualnie, politycznego dynamitu. Nie wiemy w ilu restauracjach, a może nie tylko w restauracjach, nagrywano. Nie wiemy nawet, jaki jest motyw nagrywających.

Zemsta? Po pierwszych nagraniach byłaby to teoria do obrony. Skoro pojawiają się jednak kolejne nagrania, najbardziej prawdopodobny wydaje się motyw inny – wywrócenie obecnego układu politycznego.

Skoro tak, to od razu pojawia się pytanie o polityczne rozwiązanie tego kryzysu. Pytanie jest skomplikowane z dwóch powodów. Po pierwsze nie wiadomo, czy jakiekolwiek rozwiązanie, łącznie z nowymi wyborami, przetnie kryzys. Czy można mieć na przykład stuprocentową pewność, że po – dajmy na to – nowych wyborach nie pojawią się kolejne nagrania, kompromitujące ewentualną nową ekipę? Ale załóżmy, że idzie wyłącznie o skompromitowanie Platformy Obywatelskiej. Wtedy sprawa jest, poniekąd, prostsza.

Co powinien zrobić teraz Donald Tusk? Podanie się do dymisji byłoby politycznie nonsensowne. Premier pozbawiałby się tym samym szansy na rozegranie wyborczej batalii na w miarę własnych warunkach. Odpadałoby zamienienie wyborów w referendum – jakiego chcesz premiera – Tuska czy Kaczyńskiego.

Zostają więc dwa inne warianty. Trwanie. Albo przyspieszone wybory. Tyle, że dla premiera i Platformy oba warianty są złe. Trwanie w kontekście kapiącego zamachu stanu ma wszelkie szanse na to, by zamienić się w gnicie. Za 15 miesięcy PO miałaby być może poparcie, jakie w przededniu wyborów w 2005 roku miał SLD.

A więc wybory? Tylko zamiast normalnej kampanii wyborczej mielibyśmy kampanię pod znakiem kolejnych nagrań. To nie politycy decydowaliby o czym mówić. O tym decydowaliby dysponenci nagrań, bo przecież nawet nie ci, których rola ogranicza się do spisywania i drukowania.

Oto mamy więc do czynienia z sytuacją zupełnie bezprecedensową w którymkolwiek normalnym państwie. O dynamice politycznego procesu nie decydują ani prezydent, ani premier, ani opozycja, ani Komorowski, ani Tusk, ani Kaczyński. Najważniejszym człowiekiem jest dziś ten, który ma nagrania. Czyli ktoś nieznany, nie poddany żadnej demokratycznej kontroli, po prostu zwykły przestępca.

Tu niestety nie ma cienia histerii, diagnoza jest zimna i logiczna. O tym, co się będzie działo z Polską w następnych dniach, tygodniach i miesiącach, będzie decydował właśnie przestępca. A jeśli jest to obcy wywiad? A jeśli są to gangsterzy? A jeśli są to ludzie sterowani przez jakieś postaci z biznesu? Tak czy owak, ośrodek dyspozycyjny państwa polskiego w ciągu kilku dni przeszedł z rąk wybranych przedstawicieli narodu, w ręce ludzi rozgrywających własny interes. I nawet nie wiemy jaki to interes.

To jest szalenie poważny kryzys, według mnie już nie w państwie, ale kryzys państwa. W tym momencie absolutnie kluczowa jest odpowiedź na pytanie, czy służby tego państwa są w stanie przestępców odnaleźć i wsadzić za kratki. Mam niestety co do tego poważne wątpliwości. Jeśli stopień profesjonalizmu tych służb jest mniej więcej taki, jak stopień profesjonalizmu prokuratora i funkcjonariuszy ABW toczących walkę o laptop redaktora Latkowskiego, batalię zresztą przegraną, to o tym, kim są sprawcy, możemy się nie dowiedzieć nigdy.

25-ciolecie nowego polskiego państwa obchodziliśmy z przytupem. Kolejne ćwierćwiecze zaczęliśmy z przytupem jeszcze większym.

naTemat.pl

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.